Ten sezon nie sprzyjał rzepakom. Jakie wnioski wyciągnąć?
Przygotowując się do sezonu 2026/27, warto przyjąć jako punkt wyjścia kondycję rzepaku ozimego w okresie poprzedzającym żniwa. To etap, kiedy ocenia się nie tylko bieżący stan upraw, ale także nasilenie zagrożeń, z jakimi trzeba było walczyć we wcześniejszych miesiącach, oraz skuteczność stosowanej ochrony. Dr Andrzej Brachaczek z firmy INNVIGO zidentyfikował najgroźniejsze zjawiska, z jakimi mierzyli się ostatnio plantatorzy rzepaku. Jak radzić sobie z tymi problemami w przyszłości?
Czas po żniwach rzepaku sprzyja podsumowaniom i planom. W przypadku tej uprawy okienko między zbiorem a kolejnym siewem jest bardzo wąskie. Wynika to z faktu, że rzepak jest obecny na plantacjach niemal przez 11 miesięcy w roku.
Podczas czerwcowych Dni Pola INNVIGO w Urbanowicach (woj. opolskie) uczestnicy wydarzenia mogli nie tylko zasięgać porad ekspertów oraz oglądać poletka, na których zastosowano rozmaite warianty technologii ochrony roślin tej firmy, ale także zapoznać się z istotnymi obserwacjami i wnioskami w ramach specjalistycznych konsultacji w namiocie diagnostycznym. To od kilku lat stały punkt programu tej imprezy polowej, cieszący się dużym zainteresowaniem rolników. Dr Andrzej Brachaczek, Dyrektor ds. badań i rozwoju w INNVIGO prowadzi tam analizy materiału biologicznego pobieranego m.in. z niechronionych poletek kontrolnych oraz z okolicznych plantacji. Na tej podstawie przybliża plantatorom zagadnienia związane ze specyfiką i szkodliwością poszczególnych patogenów. Wyjaśnia też sposoby ich zwalczania za pomocą precyzyjnie dobranych rozwiązań o udowodnionej w badaniach i na poletkach doświadczalnych skuteczności.
Jak przebiegała pierwsza połowa sezonu rzepaczanego?
Rzepak ozimy, zajmujący areał ok. 1,1 mln ha, należy do głównych upraw polowych w Polsce. Na jego kondycję w specyficznym sezonie 2025/26 miały oczywiście wpływ warunki atmosferyczne. Przede wszystkim jesień 2025 roku wyraźnie różniła się od poprzednich lat, jeśli chodzi o przebieg pogody. Na skutek opadów deszczu i braku możliwości wjazdu w pole na wielu plantacjach zasiewy były opóźnione – niekiedy nawet bardzo. W niektórych regionach, szczególnie północnych, część pól przeznaczonych pod uprawę rzepaku nie zostało w ogóle obsianych.
Zmienne warunki meteorologiczne i zróżnicowana długość wegetacji jesiennej spowodowały, że sytuacja fitopatologiczna była niejednorodna, a czasami bardzo specyficzna. Na masową skalę obserwowano silne objawy zgorzeli korzeni rzepaku – niekiedy porażenie sięgało 100%. Wynikało to zarówno z silnego stresu oksydacyjnego w glebie, jak i z presji patogenów rodzaju Fusarium. Wiele plantacji zostało zaatakowanych przez sprawcę mączniaka rzekomego (Peronospora brassicae), a poziom porażenia wynosił nawet 80%. Wynikało to oczywiście z warunków pogodowych, ale przede wszystkim ze słabego działania zapraw nasiennych. Regionalnie występowały objawy cylindrosporiozy rzepaku (Pyrenopeziza brassicae). Powszechnie można było obserwować porażenie roślin werticiliozą (Verticillium spp.), natomiast objawy suchej zgnilizny kapustnych były opóźnione i najczęściej inkubowały wczesną wiosną.
Jednym z najgroźniejszych zjawisk było masowe występowanie szkodników rzepaku – najpierw pchełki rzepakowej, a następnie chowaczy. Spowodowane przez nie straty były tak duże, że wiosną wielu rolników rozważało likwidację silnie porażonych plantacji.
Trudności wiązały się również z ochroną herbicydową rzepaku. Zabiegi posiewne wymagały korekt jesiennych, a nawet wiosennych. Zabiegi sekwencyjne okazały się najskuteczniejsze, natomiast tradycyjne rozwiązania zawodziły. Plantacje były silnie obciążone np. makami (niekiedy nawet 4 gatunkami). W ostatnich latach obserwowane są mutacje powodujące bardzo obniżoną podatność maruny bezwonnej na herbicydy, pojawiają się też nowe zjawiska w postaci kompensacji chwastów, takich jak lepnica biała. Osobny problem stanowi zwalczanie samosiewów zbóż i chwastów jednoliściennych. Z tego powodu niektóre gospodarstwa, szczególnie uprawiające rzepak w systemach bezorkowych, musiały wykonywać do trzech zabiegów w sezonie, walcząc z falowym wzrostem traw, często nawet konkurujących ze wschodzącym rzepakiem, a później zmagając się z kumulującym się zjawiskiem odporności. Konieczne było rotowanie substancji czynnych, a także użycie kletodymu.
Straty po zimie. Likwidować czy regenerować plantacje?
Wyjątkowo mroźna zima, jakiej nie było od lat, i brak okrywy śnieżnej w niektórych regionach kraju przysporzyły rolnikom zmartwień. Spodziewali się oni znacznych strat w obsadzie rzepaku, zwłaszcza nieskracanego jesienią, który jest bardziej wrażliwy na niskie temperatury niż zboża ozime. Jednak długotrwałe utrzymywanie się bardzo niskich temperatur nie przełożyło się na powszechne uszkodzenia i wymarznięcia roślin. Jak wynika z danych GUS z maja 2026 roku, doszło do likwidacji ok. 9,1 tys. ha rzepaku ozimego, najwięcej w woj. kujawsko-pomorskim. Wiosną rzeczoznawcy terenowi z tej instytucji oceniali kondycję rzepaku jako gorszą niż w poprzednim roku.
– Pomocna w podejmowaniu decyzji o przyszłości takich stanowisk była analiza mikroskopowa, wykonywana podczas naszych Warsztatów Technicznych – wyjaśniał dr Andrzej Brachaczek. – Na jej podstawie można było ocenić, czy plantacje warto regenerować, czy też przeznaczyć do likwidacji bardzo wcześnie na wiosnę.
Wiosną też nie brakowało problemów
Po wznowieniu wegetacji rzepakom doskwierały susza i przymrozki. W takiej sytuacji trudno było wykonywać planowe zabiegi, więc niestety niektóre z nich pomijano. Oprócz czynników pogodowych to właśnie ten aspekt miał duży wpływ na kondycję upraw. Z informacji od doradców terenowych INNVIGO wynika, że stan plantacji rzepaku różnił się w zależności od lokalizacji. W południowej i południowo-zachodniej części kraju generalnie rośliny lepiej przezimowały, a w czerwcu łany były tam bardziej bujne i wyrównane. Z kolei na Kujawach, w Wielkopolsce czy w woj. zachodniopomorskim gorsza kondycja rzepaku sprawiała, że rokowania odnośnie do plonowania były mniej optymistyczne.
– Przymrozki występujące w okresie, gdy rzepak rozpoczynał kwitnienie, wpłynęły w dużym stopniu na ograniczenie plonowania, nawet jeśli inne problemy zostały opanowane – oceniał ekspert. – Największe straty występowały na plantacjach, gdzie nie została dostatecznie ograniczona dominacja pędu głównego, a pokrój roślin przypominał świecę, a nie świecznik.
Jeżeli chodzi o choroby grzybowe, rolnicy mieli do czynienia również z dwoma groźnymi zjawiskami dotyczącymi suchej zgnilizny kapustnych. Pierwsze to inkubacja symptomów bardzo wcześnie na wiosnę, kiedy jeszcze fungicydy triazolowe nie mogły zadziałać ze względu na niskie temperatury. Dlatego konieczne były zabiegi czyszczące, najczęściej łączone z aplikacją insektycydów i nawożeniem borem. Drugie zjawisko polegało na bardzo późnym uwalnianiu się zarodników sprawców suchej zgnilizny kapustnych w fazie kwitnienia rzepaku.
Szczególna sytuacja dotyczyła sprawcy zgnilizny twardzikowej (Sclerotinia sclerotiorum). Są regiony, gdzie rozwój tego grzyba nasila się w tempie geometrycznym, a patogeny wykazują bardzo wysoką odporność na działanie fungicydów. Wykonanie na początku kwitnienia testów płatkowych pozwoliło zapobiec temu zjawisku oraz dobrać odpowiednie substancje czynne i ich proporcje.
Jednym z poważniejszych problemów w rzepaku było także zjawisko odmładzania się roślin, spowodowane zmiennymi warunkami meteorologicznymi, ale również tradycyjnym, nieadekwatnym do tych okoliczności podejściem rolników do stosowania niektórych fungicydów.
Te zagrożenia są niezależne od przebiegu pogody
Czerwcowa analiza stanu roślin z plantacji na Opolszczyźnie pozwoliła zidentyfikować dwa groźne zjawiska, które nie tylko w tym regionie miały negatywny wpływ na rozwój i plonowanie rzepaku w sezonie 2025/26. Podczas oględzin pobranych okazów można było zauważyć na łodygach w okolicach nasad liści liczne dziurki spowodowane przez żerującą pchełkę, występującą w tamtych okolicach w bardzo dużym nasileniu. Szkodniki te atakowały rośliny w początkowych fazach rozwojowych, a z czasem przenosiły się na górne piętra liści, a nawet pod pędy łuszczynowe. Chociaż rzepaki były dorodne, to po przekrojeniu łodyg okazywało się, że ich wnętrze zostało właściwie zdewastowane przez pchełkę.
– Widać, że pchełka rzepakowa jest zagrożeniem od jesieni aż do późnej wiosny. Nie przeszkadzają jej niskie czy wysokie temperatury, susza czy opady. Po prostu musimy nauczyć się ją kontrolować. Wykorzystuje się do tego celu dwie grupy substancji aktywnych: pyretroidy i neonikotynoidy, zwłaszcza acetamipryd. Nie idziemy w kierunku zwiększenia dawek, a lepszych warunków aplikacji. Stosując acetamipryd, trzeba zwrócić uwagę na przygotowanie cieczy roboczej i odpowiednie parametry wody. Musi być miękka i mieć pH 5,5-6, co osiągamy, używając kondycjonerów – radził Dyrektor ds. badań i rozwoju z firmy INNVIGO.
Drugi zdiagnozowany problem, który również jest obecny już od jesieni, a potem rozwija się wiosną – w zasadzie niezależnie od warunków pogodowych – to werticilioza. W tym sezonie jej objawy można było łatwo pomylić z efektami utrzymującej się wiosną suszy, choć akurat na Opolszczyźnie nie była ona tak dotkliwa, jak w innych częściach kraju. Porażone liście stawały się w połowie zżółknięte, a z czasem dochodziło do całkowitego znekrozowania tego obszaru. Dlatego sprawiały one wrażenie częściowo uschniętych. Jednak w rzeczywistości był to efekt zainfekowania przez grzyby z rodzaju Verticillium spp. To charakterystyczne zjawisko można rozpoznać po tym, że jedna strona liści jest zielona, a druga pozbawiona chlorofilu, ponieważ porażenie odbywa się wzdłuż nerwu głównego.
– Werticilioza to zagrożenie, które rozwija się w warunkach dobrych i w trudnych, w suchych i wilgotnych. Porażenie przemieszcza się od strony systemu korzeniowego wzdłuż rośliny. Pierwsze symptomy są widoczne na liściach czasami nawet jesienią, co pokazujemy na naszych warsztatach – mówił dr Brachaczek. – Mamy odpowiedni protokół, żeby ograniczyć jej infekcje, a nawet je skontrolować – chociaż są opinie, że to niemożliwe. Na pewno nie ma całkowicie odpornych odmian rzepaku, są natomiast sposoby agrotechniczne i fitosanitarne, które wykorzystujemy, żeby osiągnąć skuteczność bliską 100% – nie tylko w doświadczeniach, ale i w gospodarstwach.
Kontrolowanie nieoczywistej choroby, jaką jest werticilioza, musi być kompleksowe i trwać od jesieni aż do późnej wiosny. Kluczowy jest tu dobór substancji aktywnych. Jak wynika z doświadczeń i z praktyki polowej, rozwiązania fungicydowe, które najlepiej sprawdzają się do tego celu, powinny zawierać m.in. azoksystrobinę w pełnych dawkach, a także inne komponenty.
Źródło: Innvigo








